Jestem króliczkiem, a dokładnie dziewczynką o pięknych długich włosach, niczym leśna rusałka....
Ok z ta rusałką przesadziłem, ale w zamian posiadam piękne poetyckie imię: Wincenty.
Wiem sprawa jest dość kontrowersyjna, ale w mojej rodzinie zaczyna być to tradycją.
Jeszcze do tej sprawy wrócę później...
W związku iż pasjonuje się dziennikarstwem, no a dokładniej gryzieniem gazet :) pomyślałem,
że mogę podzielić się z Wami moimi radościami i smutkami. Jeszcze ciężko idzie mi stukanie
pazurkami w klawiaturę, ale Monia mówi mi, że to kwestia wprawy.
A jak klawiatura nie będzie współpracować to przegryzę kabel i się skończy.
Rany dobrze że Monia nie czyta w moich myślach, bo na tym moja praca twórcza by się skończyła,
a przecież mam tyle do powiedzenia.
* * *
Mógłbym zacząć w tym miejscu przytaczać anegdoty z mojego życia, ale będzie jeszcze na to czas.
To miejsce w moim pamiętniku należy się mojej Best Friends : Miszelce.
Kiedy trafiła do naszej rodziny mało szału nie dostałem. Ja jedynak - oczko w głowie -
nagle musiałem się wszystkim dzielić, z małą białą włochatą kulka, podkakującą zupełnie jak piłeczka
pingpongowa i na dodatek lepiła się do mnie brrrr...
Miałem misje - pokażę kto tu rządzi. Natychmiast plan wcieliłem w życie i wytrwale go kontynuowałem,
a włochata kulka?! Cóż podkradała mi jedzenie, siulała do kuwety (mojej prywatnej!!!)
i ciągle próbowała się do mnie przytulać i przytulać.
Oczywiście wtedy brałem nogi za pas i już mnie nie było:).
Odpuściłem.
Mam duże królicze serduszko, więc nie było innej możliwości, pokochałem Miszelkę.
Oj jeszcze nie raz opowiem Wam jakie wspólnie mieliśmy przygody.
Jak już na coś mnie namówiła, to jedno było pewne MIELIŚMY POWAŻNE KŁOPOTY.
Samodzielna i niepokorna, nawet odeszła nie pytając mnie o zdanie.
Strasznie tęsknię... ale kiedy tylko nadejdzie wiosna będę Cię odwiedzać na działce... kiedyś znów
razem pobrykamy.
* * *
05.02.2010
Nie wiem czy wypada, czy nie, chwalić się takimi - typowo króliczymi sprawami...
ale w końcu to pamiętnik więc...
Większość króliczków wie, że czasem zdarza się nam zrobić koraliki (zwłaszcza często angorkom).
Tym razem pobiłem rekord, siedem bobków połączonych sznureczkiem.
Zawsze kiedy robiłem koraliki (oraz zapobiegawczo) dostawałem kiwi, lub pyszną pastę odkłaczającą.
Ale dochodząc do sedna sprawy... Tym razem dostałem dodatkowo FANTASTYCZĄ NOWĄ SZCZOTKĘ.
Rany jak ona smera po plecach. Monia długo szukała odpowiedniej, ale ta...
spełnia normy nawet króliczej Unii Europejskiej.
* * *
10.02.2010
Po śmierci Miszelki nie było ze mną dobrze. Zapadła decyzja i w domu pojawił się Konstanty.
Było mi wszystko jedno, więc nie byłem negatywnie nastawiony.
Kiedy wszedł do pokoju oniemiałem - rany, co to?! uszy?!
No uszy!!! Bo co innego, jakieś takie przerośnięte, ale nie ma się co śmiać , to raczej nic
fajnego iść i ciągnąć za sobą uszyska. Przecież można np. się potknąć.
Idę, przywitam się, na pewno dzięki temu poczuje się swobodniej. Ma szczęście że z Nami zamieszka,
choć pewnie jeszcze o tym nie wie.
Dla niego to kolejne nowe i obce miejsce.
Podchodzę, a Kostek w nogi i tyle go widziałem. Co jest?! - myślę - przeczesałem łapką pyszczek i łepek,
by sprawdzić czy fryzura w porządku. Co jak co, ale takiej ilości nieujarzmionych włosów mógł się
przestraszyć hi hi. Ale to nie to.
Następnego dnia, nim zrobiłem kolejne podejście, by się bliżej poznać, Moni wytłumaczyła mi powody jego
lęków.
Kostek miał dziurę w uchu, która już się powoli zaczynała zarastać. Monia podejrzewa, że króliki
z którymi przebywał musiały go atakować.
Biedak - pomyślałem. Potrzebuje czasu by przekonać się, że ze mną będzie mu dobrze.
No i jest :)
* * *
20.02.2010
Hmmm , dziś dzień nie najlepiej zakończył się dla Kostka. Biedak pobrudził sobie kupą łapki,
przednie i tylnie - cekotrofy.
Jeszcze o tym nie wiedział, ale to oznaczało ich mycie.
Patrzę, idzie Monia z miską pełną czystej wody (wiem bo zdążyłem zajrzeć) .
Z klasą się wycofałem w odległą część pokoju, bo po co prowokować los?!
Kiedyś też upaćkałem sobie tak łapkę :) (oj wielka rzecz, każdemu się może zdarzyć).
Zacisnąłem ząbki i pozwoliłem sobie ją wyczyścić. Dobrze że cały nie musiałem wchodzić do wody,
bo nie mam pewności, jak u mnie wygląda sprawa pływania.
Uwaga wystosowuje apel: KRÓLICZKÓW SIĘ NIE KĄPIE!
Kostek miał bardziej utrudnione zadanie, brudne były wszystkie 4 łapki.
Ale Monia ma podejście, łapka do wody = kawałek suszonej marchewki.
Następnie ta sama łapka na ręczniczek i wycieranie, a to się = kolejny kawałek suszonej marchewki.
Tak przy wszystkich 4 łepkach!
Wiecie co sobie pomyślałem?... Gdyby ten cekotrof stał na mojej drodze, to teraz ja bym
jadł tą suszoną marchewkę:).
* * *
02.03.2010
Czasem słucham razem z Moni wiadomości i tyle się teraz mówi o podsłuchach, donosach i
ukrytych agentach. Brrrr. . . bardzo to nie fajne. Nie powiem, zdarzyło mi się donieść na Miszelke.
Kiedy wskoczyła na szafę, A NIE WOLNO TEGO ROBIĆ! NO!
Rano wrócił do domu Krzyś, po nocnej zmianie. Otworzył drzwi pokoju, pobiegłem szybko się przywitać,
a następnie równie szybko pobiegłem na środek pokoju, usiadłem i wpatrywałem się na szafę,
gdzie siedziała Miszelka. No i podążając za moim wzrokiem Krzyś namierzył Miszel.
Ale to było tylko raz, nie umiałbym zachowywać się tak na dłuższą metę - KOCHAM CIĘ MISZELKO!
Wracając do sprawy, to zastanawiało mnie, czy aby ja nie mam u siebie w domu "ukrytego agenta"?!
Tak, dobrze myślicie. . .- Kostek.
On wszędzie za mną chodzi, prawie krok, w krok.
Czasem nawet do kuwety!
A przecież to bardzo intymne miejsce.
Zażądałem konfrontacji - ja - Kostek - Moni.
Okazało się, że Kosiu bardzo mnie kocha, jestem starszy i bardzo mu imponuje wszystko co robię.
Chodzi za mną, bo zawsze chce być przy mnie i robić to co ja.
No i to wyznanie bardzo mnie zawstydziło, jak mogłem się tak pomylić.
I na dodatek dostałem karę, zakaz oglądania TV z wyjątkiem "Mody na Sukces", uffff :).
Od siebie - myję Kostkowi uszyska w ramach przeprosin, a widzieliście ich rozmiary no nie?! :).
Oj marny ze mnie detektyw, choć marchewkę wywącham wszędzie.
* * *
07.03.2010
Mija kolejna mroźna niedziela. Rany nawet nie mam siły rozwalić kolejny karton i poczytać
ulubioną gazetę. Dobrze że w swoim pokoju mam kaloryfer.
Oj!!! Jak on się przydaje, zwłaszcza w takie dni jak ten.
Jest jeden szkopuł - wysoki ten kaloryfer, a na jego szczycie, na szmatce suszą się kawałki marchewki
i pietruszki.
Niby grzeje plecki, ale nie mogę się na tym skupić. A jak już zasnę to zgadnijcie co mi się śni? :).
Nie mogę zrozumieć dlaczego ta zima znowu wróciła.
Widziałem już łąkę pełną mleczy i ja...
* * *
22.03.2010
UWAGA! Wnoszą do naszego pokoju ogromne pudło.
A skąd wiem że ogromne?! Bo wyliczyłem, że takich jak "ja" by się tam zmieściło z 50-ciu.
Pierwsza myśl - mamy gości :( A te pudła to ich bagaże?
Tyle pytań i brak odpowiedzi.
Nie lubię jak mamy gości. Hałas i gwar, robią bałagan w naszym pokoju, a ja chodzę i sprzątam.
A na dodatek potem się na mnie złoszczą, że niszczę rzeczy gości . . . błędne koło. . .
Ostatnio Moni już powiedziała gościom, że zostawiają swoje rzeczy na własną odpowiedzialność.
Dlatego właśnie ich wszystkich nie lubię - najlepiej niech nikt do nas nie przyjeżdża.
Moje obawy związane z pudłem się nasiliły, musiałem się przespać, takie myślenie jest niesamowicie meczące.
Może jak się obudzę, to jego już nie będzie:).
"No Way", wstałem i co? Fatamorgana, pudło stoi.
Obszedłem je na około (Kostek ochraniał tyły) i wyczuliśmy przyjemny zapach.
Hmmm . . . rzekomi goście mają całkiem apetyczny gust :)
Po południu stanąłem z moimi lękami oko w oko. Pudło zostało otwarte. Serce biło mi z prędkością, chyba nawet światła.
Zapach rozniósł się po całym pokoju.
Lęki znikneły, a dźwięk głosu Moni, "że to wszystko jest nasze" jeszcze teraz wywołuje u mnie dreszcze, od pazurków, po sam ogonek.
Ps. Wiecie co robiliśmy?! Wskakiwaliśmy z Kostkiem na krzesło,
a z krzesła do pudła. Było super, do czasu aż zobaczyła Moni i wtedy nasza zabawa się skończyła.
* * *
29.03.2010
Na dworze zaczyna się robić ciepło (NARESZCIE).
Część króliczków zacznie chodzić na spacery, na zieloną trawkę (pyszna trawkę:) ).
Wszystko to brzmi cudownie, jednak ku przestrodze opowiem Wam historię, która przydarzyła mi
się w sumie dość dawno, ale pamiętam ją jakby to było wczoraj.
A więc . . .
Mam to szczęście, że mieszkam w górach, a co za tym idzie latem mam pod noskiem "Alpejskie" łąki,
pełne trawki i mleczyków.
W tej sytuacji grzechem by było z tego nie korzystać.
Więc całą rodziną (jeszcze wtedy byłem sam, bez Miszelki i Kostka), w piękny słoneczny dzień,
wybraliśmy się na piknik.
Piękna górka. Wyglądała, jakby byłą wyłożona zielonym dywanem w żółte kwiatki.
Rozłożyliśmy koc pod samym szczytem - widoki piękne, a ja nie umiałem się zdecydować, którego
zjeść mleczyka.
Wszystko brzmi pięknie, prawda!? - ale tylko do czasu.
Siedząca na kocu Moni, zernęła za siebie (niesamowita sprawa, bo przecież zazwyczaj wylegując
się na kocu , nie ogląda się za siebie).
A tam nad samą trawą, leci w nasza stronę ogromne ptaszysko.
W ułamku sekundy Moni mnie chwyciła i mocno przytuliła do piersi. Ptaszysko przeleciało tuż nad naszymi
głowami.
Jeśli o mnie chodzi, to mało nie zabobkowałem całej łąki, ze strachu :).
MONI URATOWAŁA MI ŻYCIE!!!
Tego dnia, jak nigdy, nie rozstawałem się z kolanami Krzyia. W grupie zawsze bezpieczniej :), no nie?
Okazało się że to był prawdopodobnie Myszołów, który krążył jeszcze pod pokrywą nieba.
Dlatego wszystkie kochane króliczki, pamiętajcie, że na dworze, czyha na nas mnóstwo niebezpieczeństw.
Zawsze przebywajmy pod czujnym okiem i opieką naszych kochanych "przybranych rodziców".
* * *
30.04.2010
Dziś potencjalnie zwykły dzień, stał się bardzo, bardzo ważnym dniem.
Wieczorem (wczoraj), do pokoju Moni wniosła wór ziemi i doniczkę.
Hasło: będziemy sadzić kwiatka dla Miszelki.
Pięknie pachniał, jejku jak ja musiałem się powstrzymywać żeby go nie skubnąć, taką miałem ochotę :).
Na szczęście na czas się opanowałem. W końcu on nie był mój, był jej - biały jak Ona.
Stanie na działce, na jej grobie.
Będzie symbolem, którego sens zna tylko nasza rodzina. Wszyscy będą widzieć kwiatka - my Miszelkę.
Dziś wiem że jest rana, która nie jest w stanie się zagoić. Pozostanie już zawsze częścią mnie.
I choć boli, to jest cieniutką uprzędzoną niteczką, która łączy mnie i Miszelkę.
Nam ciągle się wydawało, że jeszcze mamy czas...
Czas na przytulanie, na kolejne przekopywanie piaskownicy, na kolejną grę piłką...
Dziś wiem, że nie ma czasu... Nie ma...
Nie odstępował bym ją na krok, przytulał milion razy na dzień, a w piłkę grał do białego rana,
gdybym tylko wiedział że nie mamy czasu.
Tak okropnie tęsknię.
Pisząc to znalazłem biały włos na ołówku i choć pewnie należy do Kostka, dla mnie jest ZNAKIEM od Miszelki.
Ona też o mnie myśli!
* * *
24.05.2010
Oj nie znoszę tej bestii.
Na sam dźwięk jego nazwy, jeży mi się moje mięciutkie futerko.
Nie zaprzyjaźnię się z nikim, kto kocha tą bestie. Fuj, fuj i... Fuj.
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest podstępna i bez skrupułów wykorzysta każdą sposobność,
żeby zaatakować.
Trzeba być czujnym... ale kiedyś tego nie wiedziałem.
Wjeżdża do pokoju jakiś "gość" z okropnie długim nosem. A co tam - myślę, lecę się przywitać,
w sumie możemy rozmawiać na tym samym poziomie, oko w oko.
Oj nie mogę pogodzić się z moją naiwnością :(
Dobiegam do niej, a ona jak nie ryknie "buuuuu..."
A jej długi nos zaatakował czubek mojego ucha. Prawie zemdlałem. Gdyby nie mamusia bestia pożarłaby
moje uchu, a może i nawet mnie całego, brrrr...
Teraz jestem już mądrzejszy. Pokój należy do mnie! I ten długi nochal nie ma prawa wychodzić z szafki,
kiedy ja brykam. A jak przychodzi wieczór i wychodzi bestia, aby zjeść z pokoju resztki mojego siana,
kupek i innych paprochów, które pozostały z naszych zabaw (moich i Kostka), ja wskakuję na pufę,
skulam się i udaję, że jej nie widzę. To się nazywa schodzenie sobie z drogi...
A tak naprawdę jak ją widzę to trzęsą mi się pazurki...

* * *
03.06.2010
Lubię wieczory. Mamy taki rodzinny rytuał. Najpierw z Moni sprzątamy (bestia je).
Potem kolacja i na koniec... bite 2 godziny zabawy i przytulasów.
Wczoraj np. było super, bawiliśmy się w "Wincent in military".
Prawda że brzmi intrygująco? :).
Monia zbudowała nam bunkier, ciemny i niezwykle ciasny. Na dodatek cały zabarykadowany.
Cóż trzeba stanąć na wysokości zadania - nie takie tunele się w życiu kopało.
Mam spore ułatwienie, moje futerko jest takie militarne - incognito - prawie jak moro.
No to do dzieła! Zaczynam kopać - cel udrożnienie korytarza.
Nie jest lekko, dużo tego - misie, piłki, szmaty - rany co za wojska tu stacjonowały.
Usłyszałem cichy szmer - Winuś - to Monia.
Wsadziłem nos w szparę by jednocześnie pokazać współrzędne w których kopię. Ciemność ciemnością,
ale mój nos jest bardzo wyrazisty, taki fluorescencyjny, O! Monia przed bunkrem, leży na partyzanta,
ochraniając tyły.
Wydaje się, że wszystko idzie dobrze... chwila nieuwagi - coś zakopuje mnie w tunelu. TO WRÓG! Przycupłem,
grunt to zachować zimną krew. Przeczekam, a potem spokojnie odkopię wejście. Takie rzeczy się zdarzają.
Kiedy już byłem pewny że po sprawie, nagle - hałas, atak! Przyparło mnie do ściany - zaparło dech - świat zawirował.
Kostek rozwalił drzwi bunkra, staranował wszystko i wyszedł drugą stroną...
Parsknałem - kobiety... a mówił że się nie bawi.
* * *
15.07.2010
Niedługo będę mieć 3 latka, więc dużo już widziałem i przeżyłem.
Byle co już nie jest w stanie zwalić mnie z nóg.
Co innego Kostka. Ja wiem co to jest "LATO".
Wiem też, że jego konsekwencją jest "UPAŁ".
Cóż MoniŚ wytłumaczyła mi, że tak już po prostu jest. Każda pora roku ma swoje plusy i minusy.
Sztuką jest sobie z nimi radzić.
Kładę się na zimnej ceracie, albo pod kaloryferem (ha ha, ale zimnym).
Moniś zawsze otworzy okno na rozszerz i zasunie roletę.
Wtedy w pokoju robi się taki "chłodny półmrok", bardzo przyjemny zresztą.
Wiem że nie tylko nam jest gorąco :).
Oczywiście nie jestem samobójcą i w ciągu dnia nie wychylam na dwór nawet czubka własnego wąsa.
Koło 20.00, już jest całkiem przyjemnie i wtedy zdarza się, że wyskoczymy bawić się w podchody do ogrodu.
Oczywiście ja bawię się wtedy o wiele lepiej niż Moniś. Chowam sie, a Moniś próbuje mnie znaleźć - aby zabrać mnie do domu.
Na koniec podchodów zawsze jestem obrażony, a Moniś ma zadyszkę.
Zabawa w podchody, to akurat plus LATA.
Wracając do sprawy to chciałem wspomnieć, jak ciężko UPAŁY znosi Kostek.
To jego pierwsze lato i chłopak nie był na to przygotowany. Daję mu oczywiście różne rady, ale dla niego to za mało.
Dochodzę do wniosku, że on po prostu jest słabszy psychicznie, niż ja :).
Pocieszam go: "Kosiek, to Twoje pierwsze lato, na następne już będzie lepiej, nabierzesz doświadczenia, będziesz starszy" - WYŚMIAŁ MNIE :(.
Kostek i wilgotny ręcznik.